8 marca: za kwiaty dziękujemy, życzymy sobie szacunku [reportaż]

- 8 marca źle mi się kojarzy. Kiedyś po awanturze w Dzień Kobiet mąż powiedział mi: - Aha, i życzę ci, k***o, wszystko najlepszego - opowiada Joanna, jedna z krośnianek, którą zapytaliśmy, czego życzy sobie z okazji swojego święta.
- Jeśli jesteśmy dla was ważne, okazujcie nam szacunek na co dzień - mówią kobiety

Naucz się uśmiechać

Patrycja, po czterdziestce: - Mój szef to cham. Nie umiem inaczej o nim myśleć. Miły był tylko podczas rozmowy kwalifikacyjnej, no i może przez pierwszych kilka dni. Pytał z troską, jak sobie radzę, czy już się wdrożyłam w obowiązki, a może potrzebuję pomocy? Potem nabrał śmiałości i zaczęła wychodzić z niego cała pogarda, którą mnie darzy. Mnie i resztę kobiet.

Powiedzmy, że pracuję w biurze. Jest nas tam kilkanaście osób, kobiety i mężczyźni, mniej więcej po połowie. Ale to z nami, kobietami, podobno zawsze jest jakiś problem. Oni, faceci, myślą racjonalnie, zadaniowo, a my się doszukujemy jakichś bzdur, pracę zwalniamy – to jedno z jego wyświechtanych haseł, którym raczy nas podczas odpraw. Jedno z delikatniejszych, bo jak go poniesie, to się dowiemy, że coś nam znowu odpierdoliło, że fiksujemy, jak to baby. A jego faceci, jego ulubieni faceci, bo ma kilku takich przydupasów, w śmiech. Chyba chcą mu w ten sposób zaimponować. Potem idą na fajeczkę i śmieją się dalej. Omawiają nasze stroje i fryzury albo taksują nas wzrokiem. Czuję go na sobie, wydaje mi się wtedy, że stoję przed nimi naga.

No i pensja. Mamy oczywiście widełki, różnica na tym samym stanowisku to kilkaset złotych. Zgadnij, przy której granicy jestem ja, a przy której kolega? Podobno on pracuje dłużej (tak, o 1,5 roku), i podobno ciężej, trudniejsze zadania dostaje. Pewnie dlatego zawsze ma więcej czasu na skończenie projektów, może się z nimi bezkarnie spóźniać, no i robić sobie przerwy w pracy, kiedy chce i pod byle pretekstem. A jak ja się chcę zwolnić, to magluje mnie, jakbym była o coś oskarżona. Ale w Dzień Kobiet to pełna kulturka – kwiaty, ciasteczko, całowanie rączek.

Zgłosić? Przyjedzie kontrola, porozmawia, on ich uwiedzie, bo w pierwszym kontakcie w życiu byś nie pomyślał, jaki jest naprawdę. A potem się zemści. I gdzie ja w tym mieście pójdę? Rozmawiałam zresztą kiedyś o tym z koleżanką, powiedziała, żebym odpuściła, zagryzła zęby i się uśmiechała. Ona się tego już nauczyła.

- My naprawdę nie jesteśmy głupie, nie będziemy usuwać ciąży, bo taki mamy kaprys - mówi Wiktoria

Miejcie do nas zaufanie

Wiktoria, mama po trzydziestce: - Najbardziej wkurza mnie to, że wmawia się nam, że jak będzie możliwość dokonywania aborcji, to my – nieodpowiedzialne – będziemy co chwilę zachodzić w ciążę, a potem robić sobie skrobankę. Jakiś totalny obłęd. Sama jestem matką i choć wywodzę się ze środowisk lewicowych, to decyzja o usunięciu ciąży byłaby ostatecznością, na którą zresztą nie wiem, czy bym się zdecydowała. Ale chciałabym mieć wybór, wiedzieć, że w razie czego jest taka możliwość i ewentualną decyzję podjąć w zgodzie z własnym sumieniem. A to jest naprawdę cholernie trudna decyzja. Ale nie, lepiej uznać, że my jesteśmy głupie i po prostu zdecydować za nas, grożąc karami.

I przekonują, że to w imię wyższego dobra, ratowania życia. A moje życie się nie liczy? A jeśli poród zagrażał będzie mojemu życiu, to co? Mam zgodzić się na to, że zaryzykuję zostawienie rodziny, którą już mam? Skoro tak, to dlaczego nie zmusza się rodziców chorego dziecka do oddania nerki? Oni mogą to zrobić, ale nie mają prawnego obowiązku. Dlaczego więc my mamy być zmuszane do rodzenia za wszelką cenę?

Zamiast narzucać nam normy, lepiej postawić na edukację. Dobrze wyedukowane kobiety na pewno nie będą podejmowały pochopnych decyzji, tak dla kaprysu. Trzeba mieć do nas zaufanie.

Takich kobiet jak ja jest tysiące - mówi czekająca na dostęp do in vitro Justyna, która bardzo chce zostać wreszcie mamą

Tysiące par odprawiono z kwitkiem

Justyna, przed trzydziestką: - Wiesz, że w Polsce jedna para na pięć boryka się z problemem niepłodności? W 40 proc. problem leży po stronie kobiety, a w 40 proc. po stronie mężczyzny. W pozostałych 20 proc. jest to niepłodność idiopatyczna, czyli niewiadomego pochodzenia. Tak się złożyło, że ja i mój mąż jesteśmy tą jedną parą na pięć.

Przeszłam przez kilkunastu lekarzy, miałam setki badań, wszystko oczywiście prywatnie. Po 4 latach starań o dziecko, lekarz na drugim końcu Polski zdiagnozował u mnie endometriozę - chorobę, która dotyka co dziesiątą kobietę w wieku rozrodczym. Jej późne wykrycie poskutkowało niedrożnymi jajowodami. Nigdy nie zajdę w ciążę naturalnie.

Takich kobiet jak ja są w Polsce tysiące. Dzięki trwającemu trzy lata ministerialnemu programowi leczenia niepłodności metodą in vitro, urodziło się ponad 6 tys. dzieci. W tym troje wyczekanych dzieci moich koleżanek. Program z dnia na dzień został zamknięty przez ministra Radziwiłła. Tysiące par odprawiono z kwitkiem. W jego miejsce powstał program leczenia metodą naprotechnologii. W przypadku moim oraz wielu innych kobiet niestety zupełnie nieskuteczny. Metoda ta to nic innego, jak stosowane dziś badanie USG, ocena temperatury ciała, śluzu szyjkowego i monitorowanie owulacji, przez które każda para borykająca się z problemem niepłodności przechodzi podczas pierwszych dwóch lat leczenia. Od roku w sprawie in vitro nie ruszyło prawie nic.

Zaległości z tytułu niewypłaconych alimentów są w Krośnie ogromne, a dla wielu matek z dziećmi środki z alimentów to być albo nie być

Nasze słowo nie wystarcza

Jeden na stu mieszkańców Krosna to dłużnik alimentacyjny.

Na koniec 2016 roku w mieście było 469 dłużników, wśród nich tylko kilka kobiet. Z wypłatą alimentów w zdecydowanej większości zalegają ojcowie. Kwota zaległych alimentów w Krośnie przekracza 12 mln zł. Rekordzista ma ponad 150 tys. alimentacyjnego długu.

Katarzyna Zajdel, kierowniczka Działu Prawnego w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie w Krośnie: - Niestety, w większości dłużnicy pozostają bezkarni. Tłumaczą, że sami nie mają środków na utrzymanie, że oni też muszą z czegoś żyć. Na dowód tego przynoszą zaświadczenia, że są bezrobotnymi bez prawa do zasiłku. A my mamy zbyt mało narzędzi i uprawnień, żeby udowodnić, że tak naprawdę pracują. Bo pracują, tylko że na czarno. I nie chcą tego zmieniać, bo gdyby dostali legalną pracę, zaczęłoby się egzekwowanie alimentacyjnego długu. Podobnie jest z pracującymi za granicą. Skoro przebywają tam po kilka lat, to znaczy, że mają środki do życia, ale samo słowo urzędników nie wystarcza.

Są też przypadki unikania płacenia alimentów poprzez przepisanie całego majątku na nową rodzinę. No i powszechna jest walka o jak najniższe alimenty. Ojcowie nie potrafią zrozumieć, dlaczego matka oczekuje na przykład 500 zł. No przecież 300 zł wystarczy, twierdzą. Nie mają pojęcia, ile kosztuje wychowanie dzieci, bo wcześniej w nim praktycznie nie uczestniczyli.

Wiele dramatów kobiet nigdy nie wychodzi poza cztery ściany

Zaczyna się zawsze od wyzwisk

Ewa, ponad 20 lat po ślubie: - Od kiedy? Zaczęłam płakać po narodzinach pierwszej córki, niedługo po ślubie. Ale prawdziwa przemoc trwa od kilkunastu lat. Niszczy mnie słowami. Jeszcze niedawno byłam w takim stanie, że leżałam całymi dniami na łóżku i godzinami patrzyłam w sufit. Byłam w depresji.

Mamy trójkę dzieci, to dla nich to znosiłam. W stosunku do nich zawsze był dobry i czuły, tylko mnie ma za nic. Poza tym bałam się, że sobie nie poradzę, to on pracował, to on zarabiał. - Jak ci się nie podoba, to wypierdalaj! – mówił. I tak w tym tkwiłam latami. Na szczęście znalazłam pracę. Lubią mnie współpracownicy, chwalą klienci. To dało mi siłę. Pracuję też nad własnym projektem. Wyjeżdżam w weekendy w teren, to moje ucieczki z domu. Nie znoszę z nich wracać.

To wszystko dzieje się w czterech ścianach. Sprawiamy wrażenie normalnej rodziny, jeździmy nawet razem do pracy. Ludzie nie mają pojęcia, jak naprawdę wygląda moje życie.

Miesiąc temu powiedziałam "dość". Przekroczył granicę – powiedział, że coś mi się w tej mojej głupiej główce popierdoliło i że mi to z niej wybije. Chwycił mnie i zaczął walić po głowie pięściami, raz po raz, chyba z sześć razy mnie uderzył. Powiedziałam sobie, że to był pierwszy i ostatni raz, kiedy mnie pobił. Na więcej mu nie pozwolę.

A wiesz, co jest najgorsze? Rozmawiałam ostatnio z dorosłą już córką. Rozpłakała się i powiedziała, że to wszystko jej wina, bo wyszłam za niego, bo byłam z nią w ciąży. Że to ona zmarnowała mi życie.

Alicja Zaremba, kierowniczka Działu Interwencji Kryzysowej w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie w Krośnie: - W zeszłym roku założyliśmy 230 niebieskich kart. W 183 przypadkach ofiarami przemocy domowej były kobiety. Znęcanie się nad najbliższymi to przestępstwo. Niestety, bardzo rzadko zgłaszane przez ofiary. My ze swojej strony w 2016 roku zgłosiliśmy prokuraturze tylko 6 takich przypadków, gdy widzieliśmy, że przemoc się regularnie powtarza. Kobiety nie chcą tego robić, zwłaszcza, gdy dochodzi do przemocy psychicznej – uzależnienia finansowego czy wyzwisk. W postępowaniu okazuje się, że słowo przeciwko słowu - kat twierdzi, że ofiara też go wyzywała, prowokowała, tylko tego nie zgłaszał. Sprawa jest umarzana, a on staje się bezkarny, śmieje się im w twarz. Wtedy są już na całkowicie przegranej pozycji. Przemoc domową zaczyna się traktować poważniej, dopiero wtedy, gdy dochodzi do przemocy fizycznej, a tę zawsze poprzedza przemoc psychiczna.

Przemoc fizyczną poprzedzają wyzwiska czy szantaże finansowe

Czym go tak denerwujesz?

Joanna, kilka lat po ślubie: - Najłatwiej jest w lecie. Zakładasz ciemne okulary i giniesz w tłumie. W zimie ciężej ukryć sińce.

Początek był bajkowy. Randki, "jesteś dla mnie wszystkim, skarbie" i ślub w wystawnej sali bankietowej na ponad setkę gości. Mówił, że mam piękne, długie włosy. Zatapiał w nich dłonie i wąchał. Dzisiaj za nie ciągnie, gdy wraca do domu podpity.

Na początku było tłumaczenie, że się stresuje i musi ten stres "znieczulić". Potem zaczęły się pełne pretensji awantury, to on tyrał jak wół, a ja tylko wydawałam jego pieniądze. Jeszcze później zaczęłam być pizdą i suką. Aż zostałam workiem treningowym. Zadzwoniłam po policję, przyjechali, zabrali go, żeby wytrzeźwiał. Wrócił i powiedział: - Teraz to masz naprawdę przejebane! Na szczęście nie mamy dzieci, nie muszą na to patrzeć.

Kiedyś poszłam do spowiedzi i powiedziałam księdzu, że nienawidzę swojego męża, bo mnie bije. Zapytał, czym go tak denerwuję?

Czego sobie życzysz z okazji Dnia Kobiet?

Patrycja: - Niech ktoś wreszcie powie, że równouprawnienie w pracy to czysta fikcja!

Wiktoria: - Poszanowania mojej godności i moich praw. I żebym mogła decydować o swoim życiu.

Justyna: - Wyboru w korzystaniu z takiej metody leczenia bezpłodności, jaka mi odpowiada. Oraz dostępu do porządnej, bezpłatnej diagnostyki niepłodności, miejsc, w których od początku do końca zostaniemy przebadane, i w których pracują lekarze znający się na problemie, dzięki czemu nie będę musiała korzystać z in vitro na Słowacji czy w Czechach. A każdej kobiecie, która o tym marzy, życzę, aby mogła zostać mamą.

Ewa: - Żebym miała przy sobie kogoś, kto powie o mnie coś dobrego.

Joanna: - 8 marca źle mi się kojarzy. Kiedyś po awanturze w Dzień Kobiet mąż powiedział mi: - Aha, i życzę ci, kurwo, wszystko najlepszego. Więc niech to się już po prostu skończy, nie ważne jak.

Wszystkim bohaterkom życzymy także, aby opowiadając o swoich problemach nie musiały prosić o zmianę imion. Z obawy przed zemstą lub wytykaniem palcami.

KOMENTARZE
Brak wyróżnionych komentarzy.
WSZYSTKIE KOMENTARZE (0)