Historie z biurowca widmo. Niesamowite zdjęcia! photo_camera

Kilka lat temu tętniło tu życie. Dzisiaj biurowiec KHS przy dawnej hucie "jedynce" to biurowiec widmo, ogołocony ze wszystkiego, co mogło się przydać. Zostały śmieci, a w nich historie pracujących tu ludzi - sukcesy, rozczarowania, a nawet dramaty. Do niektórych dopisaliśmy ciąg dalszy. W środku zrobiliśmy też niesamowite zdjęcia. Zobacz galerię!

To musiał być chłodny zimowy dzień. Uwieczniona na zdjęciu w gazecie wierchuszka kombinatu ubrała się w kożuchy i ciężkie płaszcze, na głowy nałożyła czapki i berety, a gardła owinęła grubymi szalami. "Budynek ten stworzy odpowiednie warunki całej załodze Huty Szkła Gospodarczego »Krosno-I«, która była zalążkiem krośnieńskiego szklanego zagłębia" – akt erekcyjny pod budowę uroczyście wmurowała w lutym 1979 roku.

- Oddaliśmy do użytku piękny budynek dla załogi najstarszego zakładu KHS, z szatniami i innymi obiektami socjalnymi – ogłoszono rok później w lokalnej prasie. Podobno kamień spadł kierownictwu z serca, bo do 1980 roku dyrektor urzędował tu, stołówka była tam, a szatnie jeszcze gdzie indziej. W biurowcu miało być wszystko. I wszystko, w czteropiętrowcu wybudowanym między hutniczym osiedlem a halą, było nowe.

Prawie cztery dekady później stajemy przed obłożonym żółtą blachą budynkiem. Życie zamarło w nim dobrych kilka lat temu, po wygaszeniu pieców w "jedynce". Smętny widok, a w środku będzie jeszcze gorzej.

Parter: hutnicza armia

Wchodzimy bocznymi drzwiami, które zamiast na klucz zamykane są solidnym gwoździem. Z ciemnego korytarza bucha stęchlizna. Zaglądamy w ten wilgotny mrok, to tu, to tam. Po prawej magazyn odzieży, po lewej kuchnia. Dalej stołówka, za nią główna klatka schodowa. Codziennie przechodziła nią większość pracowników zakładu.

Jeśli ufać pleśniejącemu na podłodze spisowi, ćwierć wieku wcześniej zatrudnionych tu było około 1200 osób. Armia ludzi.

346 hutników.
18 zestawiaczy.
10 topiarzy.
160 pracowników sekcji transportowej.
28 opękiwaczy i zatapiaczy.
97 szlifierzy.
58 kuglerów.
50 zmywaczy.
54 pakowaczy i owijaczy.
19 osób na malarni.
8 modelarzy w drewnie.
4 kartoniarzy.
36 magazynierów.
81 sortowaczy.
56 opiekunów hotelu i stołówki.
68 pracowników technicznych: frezerów, kowali, stolarzy, spawaczy, ślusarzy, tokarzy, monterów instalacji i rurociągów oraz grupy remontowo-budowlanej.
12 elektryków.
1 laborant.
1 konserwator aparatury kontrolno-pomiarowej.
24 pracowników przedszkola.
Oraz 67 pracowników umysłowych.

I piętro: końska robota

Na klatce schodowej potłuczone szkło i gruz chrzęszczą pod stopami, a lamperie złuszczają się i odpadają płatami ze ściany.

Na I piętrze była szatnia męska. Po szafkach nie ma jednak śladu. W ogóle mało tu wyposażenia, bo ktoś dokładnie wypatroszył z niego cały budynek. Brakuje tylko dziur po kulach, a pomyliłbyś to miejsce ze szkieletem obiektu, który jakimś cudem przetrwał wojnę. Nie rozszabrowano tylko tego, czego nie można było sprzedać, zamontować w innym miejscu lub spalić.

Bezużyteczny był na przykład odcinek wypłaty z czerwca 1994 roku. Świstek papieru leży zadeptany na podłodze. Należał do E., zestawiacza, który pracował w hucie 15 lat. Dzisiaj jest już na emeryturze. 23 lata temu E. Zarobił 3 759 500 zł (dzisiejsze 375,95 zł). Dużo to czy mało?

Statystycznie było to nieco poniżej przeciętnej krajowej w przemyśle (4 mln zł). A praktycznie, jak na warunki pracy, to były strasznie marne pieniądze, twierdzi E.: - Pan wie, co to za robota? Zestaw szklarski składał się z kilku podstawowych surowców. Oprócz piasku, z sody, potaży, azotanu, chlorku wapnia. Do tego barwniki, w zależności jaki miał być kolor. Większość tych substancji jest szkodliwa, a w zestawiarni nie mieliśmy odciągów. Jak przygotowywaliśmy zestaw, to mgła się od tego na hali robiła.

Gdy już załadował na wózek około tony zestawu, tę tonę trzeba było przepchać z zestawiarni na halę. Ręcznie, samemu, niczym koń pociągowy. Na koniec zasypywanie donic. Z otworu w twarz smażyło jakieś 1400 stopni, sakrucka temperatura, a on wsypywał do środka tę tonę łopatą. Po zasypie koszula sztywniała, jakby wyciągnięta z krochmalu. Nie ma wątpliwości – na pewno odbiło się to na zdrowiu – poleciały włosy, zęby i wzrok.

- Taką właśnie fizyczną robotę miałem. Kokosów za nią nie było. Gdyby żona nie pracowała, to byłoby cieniutko. Dzieci chodziły do szkoły, w sklepach tanio nie było, do tego rozgrzebana budowa domu, więc skromnie się żyło – na te wspominki mina mu rzednie. - Teraz jest o wiele lżej, niedużo brakuje do 2 tys. emerytury, więc całkiem nieźle, a i potaniało wszystko. Za sześć stówek to dzisiaj telewizor kupisz, śmieszna cena. Kiedyś trzeba było na kredyt wszystko brać, bo ciężko było cokolwiek odłożyć.

W 1994 roku 21-calowy telewizor kosztował ponad 10 mln zł, prawie trzy miesięczne pensje E.

II piętro: sześć zdań

Różnica między szatnią męską a znajdującą się piętro wyżej szatnią damską sprowadza się do różnicy w śmieciach, bo pomieszczenia ograbiono tak samo. Na podłodze męskiej leży więcej paczek po fajkach i kapsli, a damska usłana jest opakowaniami po kosmetykach i proszkach przeciwbólowych. Pod gumolit wcisnął się tu odręcznie napisany list – sześć zdań, od których zasycha w gardle.

"Cześć P.,
już prawie październik. W listopadzie miałeś mi dać 3 mln na wózek. Już postanowiłam, co zrobię z dzieckiem. Zadzwonię dzisiaj o 20. Raczej bądź, potem możesz być zszokowany. P.S. Wyszłam już ze szpitala".

Choć pytania się mnożą, ciąg dalszy nie nastąpi.

III piętro: blokada kredytu

Wyżej były biura. Splądrowano je równie starannie: zdarto wykładziny, wycięto kaloryfery i wyniesiono meble, których negatywy zostały na ścianach. Na podłodze leży więcej dokumentów – starych faksów, list klientów, dyskietek czy podań.

Jedno z nich napisał R., we wrześniu 2005 roku: "Zwracam się z uprzejmą prośbą o zmianę angażu pracy na stanowisku hutnika z czasu określonego na czas nieokreślony (...) Bardzo zależy mi na stałej pracy w KHS Krosno S.A. Prośbę swą uzasadniam również tym, że zatrudnienie mnie na czas określony jest blokadą do wzięcia kredytu budowlanego w banku. Jestem w trakcie budowy domu i kredyt jest mi niezbędny".

12 lat później siadamy z R. na huśtawce ogrodowej przed domem, w którym mieszka.
- To ten, który pan budował? - pytam.
- Rozbudowywał – uściśla, bo front już wtedy stał, a R. chciał dostawić dla swojej rodziny tył, 6 na 11 m.
- Czyli zmienili umowę na czas nieokreślony?
- Niezupełnie. W KHS pracowałem od 7 lat, ale zaczął się robić wyzysk. No i zwolnienia grupowe były. Poleciałem. Razem z trzema kolegami dostaliśmy robotę u Wrześniaka, w hucie w Skrzyszowie. Tam dostałem stałą umowę i mogłem wziąć kredyt.
- No i wybudował pan?

Wstajemy z huśtawki i idziemy na tył działki. - Jak widać – prezentuje dobudówkę R.

IV piętro: Teraz Polska

Najwyżej była wzorcownia. Wyłożona marmurem w kolorze piasku musiała się kiedyś okazale prezentować. Ale w końcu to tutaj klienci oglądali najnowsze kolekcje szkła i to tu decydowali się na współpracę z hutą. Obecny showroom skurczył się do jednego kartonu, w którym brzęczy kilka potłuczonych kieliszków. W środku jest też plik sporych rozmiarów naklejek, przedstawiających komplet "Mono". Ręczna robota. Rok – 1999, projektant – Jan Siedlecki.

Na stole ląduje wydany przez Warszawskie Muzeum Narodowe katalog pt. "Rzeczy pospolite". To zbiór stu najlepszych projektów polskiego wzornictwa z lat 1899-1999 – meble, samochody, sprzęt elektroniczny. Jan Siedlecki otwiera go i na ostatnich stronach odnajduje komplet "Mono" – karafka, kieliszki do szampana, dwa rodzaje kieliszków do wina, kieliszki do wódki i likieru, szklaneczki do drinków i koniakówki. Wszystkie z charakterystycznym wgnieceniem.

- To był jeden z najlepszych projektów, które zrobiłem. Dostał medal "Teraz Polska" i pokazywali go w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego – widać, że ma do niego ogromny sentyment.

A do marketingowców ogromny żal. - Nikt się mnie nie zapytał, jak sobie wyobrażam sprzedaż tego kompletu. Myślałem, że każdy element będzie można kupić osobno, ładnie zapakowany – wspomina. - Okazało się, że ktoś wpadł na pomysł, żeby zapakować wszystkie 55 elementów do jednego kartonu i sprzedawać to w całości, tak jak kiedyś handlowało się "platyną". Ta naklejka to właśnie z tego kartonu. Pan sobie wyobraża to pudło? Jak to zobaczyłem, to mi ręce opadły. Pomyślałem: Boże, kto to w ogóle podniesie?

Miał rację, wielkie pudło furory nie zrobiło. Nic dziwnego, że obsypany nagrodami zestaw kieliszków to dla Jana Siedleckiego najlepszy przykład na to, jak można koncertowo zaprzepaścić wysiłek i naprawdę dobry efekt pracy wielu ludzi.

Gdy opowiada o swoim rozczarowaniu, przypomina mi się wizyta w biurowcu. Przez poszarzałe od brudu okna spoglądaliśmy na zabytkową halę dawnej huty. Jakiś czas temu uczestniczyliśmy w otwarciu parku handlowego, który w niej powstał. Widzieliśmy clownów, pęki balonów i kramy z grillowaną kiełbasą. Oraz tłum ludzi tratujących się w wyścigu po przecenione telewizory. I mam wrażenie, że historia kompletu "Mono" mogłaby być idealnym symbolem historii "jedynki".

*

Niektóre inicjały zostały zmienione.

KOMENTARZE
Brak wyróżnionych komentarzy.
WSZYSTKIE KOMENTARZE (0) forward