
Ten artykuł czyta dla Ciebie sam bohater artykułu:
Rok 2025. Sala widowiskowa w Regionalnym Centrum Kultur Pogranicza w Krośnie. Pełna widownia, a na scenie krośnieński Chór Echo, który swoim występem uczcił odzyskanie przez Polskę niepodległości.
- Niektórzy są pewnie zaskoczeni, że prowadzę to wydarzenie - rozlega się niski, pełen charyzmy głos konferansjera. - Może wyobrażali sobie Państwo, że prowadzący będzie młodszy i przystojniejszy. Ale o prowadzenie poprosił mnie prezes chóru, mówiąc, że szukali rówieśnika swojego zespołu. Powiedziałem, że brakuje mi troszkę lat do osiemdziesiątki. A on, że PESEL-u nie widać, a wizualnie pasuje.
Na widowni rozlega się gromki śmiech i brawa. Prowadzącym, który z dystansem do siebie i humorem rozbawił publiczność, jest Stanisław Jagiełło.
Przygoda z mikrofonem rozpoczęła się od przypadku i Wacława Turka (pisaliśmy o nim tutaj). Dzieliło ich kilka lat, a połączyła przyjaźń. Mieszkali po sąsiedzku w jednym z bloków przy obecnej ul. Magurów, a popołudnia spędzali w znajdującym się naprzeciwko Klubie Techniki Zakładu Urządzeń Naftowych, którego Wacław był kierownikiem. Młody Stanisław często przysłuchiwał się tam próbom zespołu Jacy-Tacy, w którym jego starszy kolega grał na gitarze basowej.
W grudniu 1976 roku zespół miał wystąpić na wojewódzkich obchodach Barbórki. W sali próbom przyglądał się młody Staszek, wtedy już słuchacz Studium Kulturalno-Oświatowego i Bibliotekarskiego w Krośnie. W pewnym momencie do środka wpadł Leszek Kubit. To on miał prowadzić wydarzenie, na które zjechali dyrektorzy aż z Warszawy. Miał złe wieści, złapał anginę, nie mógł wypowiedzieć ani słowa. To wtedy Wacław kazał Staszkowi biec po garnitur, żeby w zastępstwie poprowadził Barbórkę.
- Na szczęście Leszek miał przygotowany scenariusz, który wystarczyło przeczytać. Stanąłem za mównicą po raz pierwszy przed taką publicznością, ze zroszonym potem czołem, w nerwach. Ale rozpocząłem spokojnie i poszło - wspomina. Zrobił tak dobre wrażenie, że po uroczystości zaintrygowany dyrektor ZUNiG-u dopytywał Wacława Turka, kto to jest ten Staszek.
I tak się zaczęło. Najpierw zapraszano go z polecenia. Szybko okazało się, że Staszek nie dość, że ma niski, przykuwający uwagę głos, to jeszcze posiada charyzmę, dzięki której potrafi zaciekawić i rozbawić widownię. Do tego bardzo poważnie podchodzi do roli konferansjera.
- Do PUBLICZNOŚCI trzeba mieć ogromny szacunek. Musimy wiedzieć, o czym chcemy powiedzieć ludziom, do kogo mówimy i jak chcemy to przekazać
- tłumaczy i dodaje: - Nie możemy wpadać w rutynę, bo wyjdziemy na scenę i nic nie powiemy albo powiemy wiele niepotrzebnych rzeczy. W ten sposób nie poprowadzimy wydarzenia dobrze - mówi.
Dlatego dla pana Stanisława, który na scenie jest raczej indywidualistą, żelazną zasadą jest przygotowanie. - Zbieram jakieś ciekawostki o występujących osobach, zespołach czy regionie, które mogę wykorzystać. Warto mieć pięć deko więcej informacji niż pięć deko za mało - tłumaczy. Zawsze ma też przy sobie na wszelki wypadek notatnik ze scenariuszem. W oczarowywaniu publiczności pomaga mu obserwacja. - Jak zauważę coś ciekawego, wplatam to w swój komentarz, ale ważę, czy mogę sobie pozwolić na odrobinę humoru, czy raczej nie.
Z czasem pojawiły się propozycje prowadzenia naprawdę dużych imprez, również sportowych. Dni Krosna, Karpackie Klimaty, Świetlne Krosno, Balony w Krośnie, Łemkowyna, Cyklokarpaty, Bieg Beskidnika, Stulecie Rafinerii w Jedliczu, Światowy Festiwal Zespołów Polonijnych w Iwoniczu Zdroju to tylko niektóre. Wśród nich są niezapomniane dla Krośnianina wydarzenia takie jak pierwszy Wjazd Króla w Krośnie.
- To była jedna z najlepiej zorganizowanych imprez przez Regionalne Centrum Kultur Pogranicza. Wszystko było dograne: wejścia magnatów i hetmanów, salwy. Prowadziłem to wydarzenie z balkonu jednej z kamienic przy krośnieńskim Rynku i czytałem kapitalny tekst Tadeusza Łopatkiewicza. Był tak zadowolony z mojej interpretacji, że po wszystkim przyszedł do mnie i mi podziękował. To było dla mnie ogromne wyróżnienie - później ten tekst wykorzystał w prowadzeniu pierwszego Dnia Krośnieńskiego na Międzynarodowych Targach Sztuki Ludowej w Krakowie (potocznie zwanych Cepeliadą).
Rola konferansjera wiąże się też z wieloma zabawnymi anegdotami, bo na scenie wszystkiego nie da się przewidzieć. Czasami trzeba improwizować. Pan Stanisław wspomina dwie takie sytuacje. Pierwsza dotyczyła delegacji węgierskiej, która przyjechała na Dni Krosna. Jej przedstawiciel zabrał głos na scenie w swoim ojczystym języku.
- Nie znałem węgierskiego, a wypadało przetłumaczyć jego wypowiedź. Zastanowiłem się, co ja bym powiedział w takiej sytuacji. Zacząłem więc w jego imieniu dziękować władzom naszego miasta za zaproszenie, wyraziłem radość z tego, że mogli przyjechać do Krosna i że też zapraszają na Węgry. Okazało się, że z tłumaczeniem trafiłem w 80%.
Druga sytuacja wydarzyła się w trakcie gali z okazji awansu klubu żużlowego Wilki Krosno do Ekstraklasy. Niespodziewanym zbiegiem okoliczności mikrofon trafił do australijskiego żużlowca Keynana Rew, który wypowiedział się po angielsku. - Nie znałem dokładnie języka, a też wypadało przetłumaczyć jego wypowiedź. Musiałem jakoś z tego wybrnąć. Więc odegrałem skecz Zenona Laskowika. Przez innego zawodnika po cichu poprosiłem, żeby Rew na moje pytania odpowiadał tylko "yes", czyli "tak".
Zamiast tłumaczenia wypowiedzi pan Stanisław zadał zawodnikowi trzy pytania: czy jak podjeżdża pod taśmę startową i widzi krośnieńskie podprowadzające, to czy mu się one podobają? Rew odpowiedział: Yes. Czy podoba mu się nasze miasto? Yes. Czy ożeniłby się w Krośnie? Yes. - Dla humoru dodałem, że Rew obiecał za parkiem na Zawodziu wybudować tor żużlowy dla dzieci. Wszyscy kładli się ze śmiechu.
Ale nie tylko scena jest jego pasją. Jest nim również radio. Pana Stanisława odwiedzam w studiu Radia Rzeszów przy ul. Lewakowskiego w Krośnie. Od kilku lat pełni w nim funkcję dziennikarza sportowego - prowadzi m.in. Sportowe Takty, Sportowe Echa oraz serwisy sportowe, a od dwóch lat jest szefem krośnieńskiego oddziału. Nie tylko pokazuje mi, jak teraz wygląda praca radiowca, ale też opowiada o swoich początkach dziennikarstwa radiowego.
Wszystko zaczęło się w dzieciństwie, gdy jako chłopiec uwielbiał słuchać radiowych głosów. Natomiast na poważnie przygoda rozpoczęła się od zakładowej rozgłośni w Fabryce Obuwia Sportowego "Fabos". Po tym jak się w niej zatrudnił, został wysłany na dwuletni kurs dziennikarski do Krakowa, który ukończył w 1981 roku. - Bardzo dużo się wtedy nauczyłem, bo zajęcia prowadził Jerzy Grotowski, znany scenarzysta i reżyser teatralny. Mieliśmy też warsztaty w rozgłośni zakładowej Nowej Huty w Krakowie. Pokazywano nam, jak montować materiały i prowadzić audycje.
Autorytetami dla niego byli najpierw dziennikarze Bogdan Tuszyński i Włodzimierz Rezner, którzy komentowali m.in. Wyścig Pokoju w latach 70. i 80. XX wieku oraz Tadeusz Sznuk i Andrzej Matul, którzy prowadzili audycję Lata z Radiem w drugiej połowie lat 70. XX wieku. W 1997 roku Krośnianin trafił do Radia Fakty, które założył Adam Miszczak. Zapoznał go z nim Marcin Majewski, dziennikarz i przyszły szef redakcji żużlowej w Canal+. Na początku Stanisław zajmował się sportem. - Wiele materiałów robiliśmy na żywo. Na przykład łączyliśmy się na antenie z prezesem klubu siatkarskiego, aby opowiedział o ostatnim meczu.
Stanisław Jagiełło jest miłośnikiem muzyki. W swoich zbiorach ma pokaźną kolekcję płyt CD. Głównie interesuje się muzyką z lat 60. i 70. XX wieku. To właśnie ta muzyczna pasja zaowocowała jednym z najpopularniejszych programów muzycznych w Radiu Fakty. - "Odkurzamy stare przeboje" nawiązywało do tego, co robią kobiety w domach: sprzątają, zmiatają kurze, zmieniają firanki, ale też słuchają radia. Program chwycił. Był puszczany w sobotę do południa, rozdawaliśmy nagrody, a słuchaczki dzwoniły. Pamiętam list, który jedna z nich napisała do nas. Cieszyła się, że prowadzimy taki program, który przypomina jej dzieciństwo i młodość.
Były informacje, transmisje, muzyka, a nawet program kulinarny, który prowadził Krośnianin. Według Stanisława Jagiełły, Radio Fakty miało jedną z najlepszych ramówek, na której można było się wzorować. Pracował tam do momentu zakończenia działalności przez radiostację w 2004 roku. Po raz trzeci do radia trafił w 2017 roku. - Zadzwoniła do mnie Edyta Kluk-Wisz, ówczesna dyrektor programowa Polskiego Radia Rzeszów i zaproponowała pracę w redakcji sportowej. Zgodziłem się - wspomina.
W 2018 roku Stanisław Jagiełło wyszedł na murawę stadionu i oznajmił kibicom, że po 30 latach odchodzi z komentowania zawodów żużlowych. Po ogłoszeniu tej decyzji w Internecie pojawiły się komentarze: Ten głos spikera z wieżyczki sędziowskiej zawsze będziemy bardzo ciepło wspominali, Będzie Cię Stasiu brakowało... Twój tembr głosu działa na mnie kojąco, Mam nadzieję, że wczorajsze pożegnanie nie było ostateczne i jeszcze nie raz usłyszę Pana głos..., Akurat spikera to mieliśmy na ekstraligę...
Na wieżyczce pojawił się w 1988 roku, kiedy żużel reaktywowano w Krośnie po prawie 20 latach przerwy. Po raz pierwszy skomentował trzeci mecz krośnieńskiej drużyny, który rozegrała z Włókniarzem Częstochową. - Był stres i zdarzyły się drobne pomyłki. Pomyliłem kolor kasków i punkty, nie podałem czasu biegu. A kibice są wrażliwi na to i owszem wysłuchałem wtedy gwizdów z trybun. Ale mnie to nie zniechęciło, a zmobilizowało. I od kolejnych zawodów nie tylko podawałem informacje o wynikach, ale też zacząłem opowiadać ciekawostki o zawodnikach, o żużlu.
Jednym z najtragiczniejszych momentów, jakie przeżył na wieżyczce, było poinformowanie kibiców o śmierci Michała Matuli, 20-letniego czeskiego żużlowca, który zmarł w wyniku wypadku na torze w Krośnie w 2007 roku. - Dostałem telefon od lekarza, że nie udało się go uratować. Bardzo mnie to poruszyło, ale na ogłoszenie tej informacji musiał pozwolić mi sędzia. Dlatego postanowiłem przygotować kibiców na tę tragiczną wiadomość, wspominając o ciężkich wypadkach w żużlu. Gdy w końcu zakomunikowałem, że Matuli nie udało się uratować, na trybunach zapadła cisza, było słychać tylko kilka dziękczynnych braw.
Przez te wszystkie lata na scenie i z mikrofonem w ręce Stanisław Jagiełło poznał wielu sławnych ludzi. Na początku swojej kariery zapowiadał występ zespołu Wawele oraz jednodniową trasę koncertową Jacka Lecha, piosenkarza i wokalisty Czerwono-Czarnych oraz Lucyny Owsińskiej i Elżbiety Jagiełło, wokalistek zespołu Pro Contra. - Było to dla mnie ogromne przeżycie, bo Jacka Lecha znałem z telewizji, jego piosenki puszczano w radiu, kupowałem jego płyty - wspomina.
Zapowiadał też koncerty Krośnianina Adama Münzbergera i jego Vitro Bandu (pisaliśmy o nim tutaj), działającego przy Krośnieńskich Hutach Szkła, a także Big Bandu pod dyrekcją Leopolda Kozłowskiego, kompozytora i pianisty. - Leopold Kozłowski dał mi kilka cennych uwag, jeśli chodzi o zapowiadanie artystów na scenie. Zawsze miałem do niego ogromny respekt, bo to była znacząca postać w historii polskiej muzyki.
Poza tym zapowiadał m.in. zespół Feel, Andrzeja Piasecznego, Budkę Suflera, Wishbone Ash, Stana Borysa, Eleni, Roberta Rozmusa i Zbigniewa Wodeckiego. - Pierwszy raz spotkałem się z Wodeckim na Dniach Jedlicza, po raz kolejny już w trakcie Dni Brzozowa. Raz poprosił mnie, żebym podał mu trąbkę w trakcie koncertu. Zapytałem kiedy, odpowiedział, że mi pokaże. Więc stałem przy schodach jak warowny pies, bo nie chciałem niczego zawalić. W końcu po którejś piosence, podszedł do mnie i zabrał tę trąbkę.
Skaldów, z którymi spotkał się w trakcie Dni Krosna, chwali za bardzo dobrą organizację. - Powiedziałem do Andrzeja Zielińskiego, że długich zapowiedzi nie będzie. On otworzył namiot, w którym była reszta zespołu i powiedział: panowie, za dwie minuty na scenie. A oni od razu wstali, poszli na tę scenę i w moment nastroili instrumenty. Byłem pod wrażeniem. Dla mnie to profesjonalizm.
Na swojej zawodowej drodze spotkał też znanych sportowców, m.in. mistrzów świata w żużlu Tomasza Golloba i Hansa Nielsena, siatkarza Skry Bełchatów Miguela Falascę, który zmarł na zawał w wieku 36 lat czy biegaczkę narciarską i dwukrotną olimpijkę Izabelę Marcisz z Korczyny.
Jednym z wyjątkowych spotkań, które zapadły mu w pamięci, był wywiad z Marią Kwaśniewską-Maleszewską, olimpijką, która zdobyła brązowy medal w rzucie oszczepem kobiet na Olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku. Medal wręczał jej Adolf Hitler, a ona sama nie podniosła ręki do "salutu rzymskiego". Drogi pani Marii i pana Stanisława przecięły się na jednym z etapów Wyścigu Solidarności Olimpijczyków w 2001 roku, który rozpoczynał się w Krośnie. - Robiłem transmisję do Radia Fakty z trasy i udało mi się z nią porozmawiać. Pamiątką po tym spotkaniu jest dedykacja i fotografia.
W swojej karierze pan Stanisław był też komentatorem siatkówki, raz koszykówki dla Telewizji internetowej Polsat, prowadził Mistrzostwa Polski w tenisie stołowym w Arłamowie oraz czterokrotnie zapowiadał towarzyskie mecze piłkarskie Orłów Kazimierza Górskiego. Jako jedyny Krośnianin komentował zawody żużlowe dla popularnej telewizji motoryzacyjnej - Motowizja. Był lektorem dwóch filmów - jednego o Dukli, drugiego o pszczołach. Współzałożył czasopismo poświęcone żużlowi "Bliżej Toru", które rozdawano na stadionie. Przez dwa lata był związany z redakcją sportową gazety "Nasz Głos" (ukazywał się od 2003 roku przez kilka lat).
Najważniejsza dla pana Stanisława jest rodzina. Swój wolny czas lubi spędzać na działce, gdzie ma domek z kominkiem. Trzyma tam swoją kolekcję płyt gramofonowych, stare gramofony i radia. To tam też zredagował książkę podróżnika Janusza Kaszy pod tytułem "Duchy dżungli".
- Janusz wrócił z podróży po Ameryce Południowej i przywiózł ze sobą brudnopis oraz zdjęcia, które mam do tej pory. Poprosił, żebym to przeczytał i powiedział, co bym wyrzucił. I tak zrobiłem, a on to zaakceptował. Książkę wydrukował w drukarni Michała Łuczaja. I w tym pierwszym wydaniu, którego już nie ma w sprzedaży, można przeczytać, że "główny szaman" to Stanisław Jagiełło, co oczywiście oznaczało "pod redakcją". Kapitalnie to zrobił.
Mimo że praca w radiu sprawia mu radość, powoli myśli o tym, żeby odłożyć mikrofon. - Za rok minie dekada, od kiedy pracuję w Radiu Rzeszów. Może to będzie dobry moment, żeby kupić tort i się pożegnać - mówi w zamyśleniu.